_____________________________________________________________
Type@Paris
Mar 4th 2016 at 11:35 am
Moja historia
Po uzyskaniu dyplomu magisterskiego w dziedzinie wzornictwa, pracowałem przez niemal 10 lat w dziedzinie projektowania produktu, tu w Polsce. Przez ten czas dużo myślałem o rozszerzeniu swoich umiejętności na jakimś dodatkowym kursie, najchętniej za granicą. Mając doświadczenie w zakresie projektowania graficznego (wydawnictwa, wizerunek, informacja wizualna), często uczestniczyłem w wyborze odpowiedniego kroju pisma — takiego, który najlepiej sprawdzi się do danego zadania. Polegałem przy tym bardziej na własnej intuicji, aniżeli na świadomej analizie. Podczas mojej codziennej praktyki szczególnie ceniłem te projekty, które zostały przeprowadzone wraz z precyzyjnym „uszyciem na miarę” nowego kroju pisma, specjalnie na potrzeby danego zadania.
Co więcej, przez ostatnie lata byłem pod wrażeniem roboty, jaką wykonują projektanci krojów pisma. Niekoniecznie chciałem zostać kolejnym z nich — ale uważałem, że niezwykle interesujące stałoby się nieco głębsze przestudiowanie tego fachu. Jedną z możliwości edukacji, jaką rozważałem, był amerykański program Type@Cooper Condensed — niestety, nie tak łatwo dostępny (z pewnych obiektywnych powodów…). Wtem nagle pojawiła się nowa propozycja, na dodatek zlokalizowana w samym centrum Europy! Zachęcony rewelacyjnymi nazwiskami wykładowców, nauczycieli wizytujących oraz zaproszonych gości — niewiele myśląc, wysłałem portfolio. Ale tak naprawdę nie wiedziałem wówczas, czego dokładniej mam się spodziewać (zarówno po nowym programie, jak i po samym sobie…).

Moje wrażenia
Po krótce odniosę się do: Programu, Przyjaciół, Paryża.
P1: Program
Kurs był niezwykle intensywny i został podzielony na dwie części: pierwsza opierała się na tradycyjnych narzędziach, a druga była skomputeryzowana (z wykorzystaniem profesjonalnego oprogramowania do produkcji fontów — zapewnionego na czas kursu przez organizatora). Może to zabrzmieć zabawnie, ale przyznam się, że pierwsze dni były również moim pierwszym zetknięciem się z… kalką techniczną. Mówiąc wprost, nie uważałem jej za szczególnie przydatną w mojej dotychczasowej praktyce. Część z komputerami była świetna, a wręcz mogłaby trwać dłużej. Nauczyłem się mnóstwo o oprogramowaniu, zarówno od instruktorów (niezapomniana wizyta Rainera Ericha Scheichelbauera @mekkablue, który na codzień pisze tutoriale do appki „Glyphs”), jak i innych, bardziej doświadczonych studentów. Tygodniowy plan zajęć dopełniały tradycyjne środowe wykłady TypeTalks i piątkowe wyjścia/wyjazdy, do najważniejszych muzeów i bibliotek. Szczególną moją uwagę zwróciło to, z jak dużym szacunkiem i przenikliwością nasi instruktorzy studiowali dokonania swoich znacznie starszych kolegów po fachu, poważając narodową tradycję i historię (hmm… jeśli każde pokolenie francuskich typografów cechuje podobne nastawienie — to stanowi niewątpliwy powód, dla którego są oni dziś tak silni).
P2: Przyjaciele
W Paryżu studiowaliśmy w grupie 16 osób z różnych krajów (z każdej strony świata), w różnym wieku, ze zróżnicowanym doświadczeniem zawodowym — ale jedna cecha była wspólna: świetne portfolia. Powinienem na pewno podkreślić pełną pomocy postawę naszych francuskich kolegów (Julie, Benjamina, Nicolasa i Ily’i, który w istocie był mieszkającym w Paryżu Rosjaninem). Zajmowali oni miejsca niemal w każdym z czterech rogów sali lekcyjnej (czy był to przypadek?) i aktywnie współpracowali z resztą grupy. Wszystkie zajęcia odbywały się w języku angielskim, a francuscy uczestnicy kursu zdawali się powstrzymywać od porozumiewania się w ich ojczystym języku, co było z ich strony niezwykle uprzejme (a cała grupa na tym zyskała).
P3: Paryż
Miałem niemało szczęścia, ponieważ zacząłem szukać mieszkania w Paryżu właściwie na tydzień przed rozpoczęciem kursu. Jednak znalezienie miejsca do życia nie było trudne: udało mi się wynająć mikroskopijne mieszkanko niedaleko placu Voltaire, w bardzo atrakcyjnej cenie. Dzięki dobrej lokalizacji do szkoły ECV (École de Communication Visuelle przy ulicy Rue Buffon — to miejsce, w którym odbywały się zajęcia), docierałem pieszo. Pozwoliło mi to zaoszczędzić pieniądze na transporcie publicznym. Podczas tych pięciu tygodni skoncentrowałem się na zajęciach, stąd też nie miałem dużo czasu na zwiedzanie (ale szczęśliwie była to moja czwarta wizyta w Paryżu) — tym niemniej znaleźliśmy z ekipą kilka chwil w wolnym czasie, aby spędzić je wspólnie.

Moje plany
Po kursie Type@Paris 2015 powróciłem do Polski czując się o wiele silniejszy. Zajęcia dały mi sporą wiedzę o krojach pisma: jakimi regułami rządzi się ich konstrukcja oraz co sprawia, że „działają”. Niewątpliwie jestem dużo bardziej pewny siebie w podejmowaniu słusznych projektowo decyzji. Lepiej też wiem, w jaki sposób oceniać poszczególne kroje, aby robić to rozsądnie i świadomie. Tak, typografia to nieco kosmiczna, ale i ściśle naukowa dziedzina wiedzy — nie tylko kwestia gustu i preferencji. Nie żartuję.
Nigdy nie oczekiwałem od siebie, że zostanę typografem — ale jestem zaskoczony, jak dużą radość sprawia mi ta robota. Dlatego też kontynuuję prace nad moim projektem rozpoczętym podczas kursu Type@Paris (póki co narysowałem 666 znaków w podstawowej odmianie, powtórzyłem w grubej, wygenerowałem parę instancji, a kursywę narysowałem po raz czwarty od podstaw…). Nie mam pojęcia, czym to się zakończy — ani kiedy to nastąpi. Czas pokaże. Let it be.
W ostatnich miesiącach zakończyłem też projekt mini-systemu informacji wizualnej dla Muzeum Kultury Kurpiowskiej w Ostrołęce, a także stosuję wprost techniki, których nauczono mnie w Paryżu. Rozpoczynając rebranding dla pewnej marki, dostrzegłem ogromne zalety tej, wydawałoby się wariackiej i staromodnej techniki z kalkami: można rysować i przerysowywać, stale ulepszając swoje rozwiązania graficzne, robiąc to w sposób niezwykle szybki — a potem natychmiast móc ze sobą porównać różne z tych rozwiązań. Ta analogowa metoda doskonale pasuje do dzisiejszych szybkich i cyfrowych czasów, w których nie ma się dużo czasu na myślenie. Wcale nie jest staromodna!
I ostatnia sprawa: cały czas słyszę rady instruktorów, nadal dźwięczące w moich uszach. Bardzo brakuje mi wyrafinowanych i eleganckich sugestii Mathieu Réguera (tak, ten gość ma klasę — on zawsze sugeruje, nigdy nie krytykując). Wybrzmiewają mi też zdania z niezapomnianych porannych wykładów Jean François Porcheza (co jest „dozwolone”, a co jest „zabronione” w typografii) słyszę je niemal każdej nocy… Dodatkowe wskazówki od Jeremy’ego Tankarda, Henrika Kubel’a, Lucasa de Groot’a i Freda Smeijersa były tak szybkie, że precyzyjnie dotykały najistotniejszych kwestii w naszych projektach. Niemożliwe jest, aby wspomnieć każdego w tym krótkim sprawozdaniu. Co mogę mocno zasugerować: nie myślcie zbyt długo, po prostu wyślijcie portfolio tak jak ja — i pozwólcie, aby jedna z najważniejszych przygód w waszym życiu mogła się rozpocząć.

_____________________________________________________________
Czytamy?
Dec 20th 2014 at 8:40 pm
Książki
Było już o fontach. Teraz będzie o książkach. 
10 prześwietnych pozycji — nie tylko dla projektantów!
1. Malcolm Gladwell, „Punkt przełomowy” (”The Tipping Point: How Little Things Can Make a Big Difference”)
To chyba mój ulubiony autor. Kanadyjski socjolog, piszący dla ”New Yorker” i ”The Washington Post”. W swojej książce opisuje niespodziewane sukcesy wielkich marek, rewolucyjne pomysły, które — niczym wirus — rozprzestrzeniły się globalnie. Pouczające.
2. Malcolm Gladwell, „Błysk! Potęga przeczucia” (”Blink: The Power of Thinking Without Thinking”)
Kolejna w rankingu (choć napisana wcześniej) książka Gladwella. Dla projektantów będzie dobrą lekcją jak znajdować najtrafniejsze metody do osiągnięcia najlepszych efektów. Bywają one zaskakujące. Ciekawe obserwacje z dziedziny marketingu. Dużo jest o intuicji — tę lekturę szczególnie polecam dziewczynom.
3. Tom Kelley / IDEO, „Sztuka innowacji” (”The Art of Innovation”)
Książkę tę warto przeczytać choćby dla rozdziału, w którym opisywane są zasady prowadzenia burzy mózgów. Doświadczenia założyciela jednej z wiodących firm projektowych (IDEO), poparte konkretnymi przykładami rozwiązywania różnych problemów projektowych. Tekst niemłody, ale ciągle ciekawy.
4. Shan Preddy, ”How to Run a Successful Design Business”
Lektura obowiązkowa. Precyzyjnie wycelowany w projektantów („shoting bullseye”) zbiór obserwacji na temat realiów działania w (brytyjskim) sektorze kreatywnym. Bezbłędny, precyzyjny, napisany zwartym, żołnierskim językiem. Pełen konkret. Tylko po angielsku.
5. Leander Kahney, ”Jony Ive. The Genius behind Apple’s Greatest Products”
Gdy mówiłem o tej książce kilku absolwentom wydziału wzornictwa warszawskiej ASP, pytali oni: „a kto to był Jonathan Ive?”. Kilku wykładowcom z tego wydziału radziłem z kolei włączyć ją do lektur bezwzględnie obowiązkowych. Ta biografia wiceprezesa i głównego projektanta Apple jest zarazem fascynująco opowiedzianą historią rozwoju (i światowej ekspansji) brytyjskiego sektora designu w latach 80. i 90.
6. Malcolm Gladwell, „Poza schematem” (”Outliers: The Story of Success”)
Ostatnia z polecanych (choć wcale nie ostatnia z napisanych) książek Gladwella. Skupia się na analizie kilku sylwetek wybitnych postaci, które osiągnęły światowy sukces. Brzmi to kiepsko, ale czyta się dobrze. To właśnie w tej lekturze opisana jest słynna teoria Gladwella „dziesięciu tysięcy godzin”.
7. Adrian Shaughnessy „Jak zostać dizajnerem i nie stracić duszy” (”How to be a Graphic Designer without Losing Your Soul”)
Shaughnessy koncentruje się na branży projektowania graficznego, jednak wiele z jego obserwacji można przenieść i stosować , prowadząc również inny rodzaj działalności. Treści zbliżone są do tych, które porusza Shan Preddy — jednak w przeciwieństwie do niej, pisze w mniej chłodnym i do bólu racjonalnym stylu. Shaughnessy w biznesie kieruje się raczej emocjami, intuicją oraz zdrowym rozsądkiem.
8. Deyan Sudjic „Język rzeczy”
Zbiór przemyśleń dyrektora Design Museum London dotyczących człowieka w kontekście kultury materialnej. Świat otaczających go przedmiotów w każdym z rozdziałów ujęty jest z innego punktu widzenia. Szczególnie ciekawy jest rozdział o dizajnie i jego archetypach. Rozdział o luksusie nie jest już tak dobry — ale skoro książka o dizajnie, to i o luksusie też coś musi być.
9. Jacob Goldberg & Drew Boyd ”Inside The Box”
Ta z pozoru zwyczajna książka, opisująca rożne metody rozwiązywania problemów (z akcentem na tytułową metodę „inside the box”), jest w istocie świetnym przeglądem szeregu strategii skutecznego działania. Mnóstwo wnikliwie opisanych historii powstawania przeróżnych produktów będzie przydatną bazą wiedzy dla zainteresowanych tematyką Design Managment.
10. Philip Kotler & Gary Armstrong, ”Principles of Marketing”
Zwana przez wielu „biblią marketingu”. Lektura obowiązkowa dla studentów Szkoły Głównej Handlowej. Dla nas przydatna choćby dlatego, by umieć rozróżnić, czym Marketing różni się od Public Relations. Książka-cegła (w moim wydaniu: 867 stron), całe szczęście bardzo wciągająca i z ilustracjami.
Ho-ho! No i zrobiło się dziesięć.
Trzeba będzie jeszcze raz puścić taki tekst. Albo dwa razy…
Kilka linków, dla wyczerpania tematu:
_____________________________________________________________

Typograficzna kuchnia
Oct 31st 2014 at 3:25pm
Uwielbiam programy z Magdą Gessler. Na bieżąco obejrzałem każdy odcinek (z każdego sezonu!) „Kuchennych Rewolucji” i właściwie oglądam wszystkie programy kulinarne. „Top Chef”, „Masterchef”, „Ugotowani”, „Załóż fartucha”… Ręka na pilocie zatrzymuje mi się jedynie przy mało poradnych aktorskich zmaganiach Wojciecha Amaro w „Piekielnej Kuchni”.
Kuchnia projektanta podobna jest do tej tradycyjnie rozumianej. Ambitny projektant — podobnie jak dobry kucharz — musi śledzić nowości, trendy, style, materiały i technologie. Właśnie od kucharzy z telewizji dowiedziałem się, że kiełki roślin są już passe, a na stole rządzą bataty oraz ultrahipsterski topinambur.
W tym wpisie napiszę o kilku moich ulubionych krojach pisma — smakowitych kąskach, które odkryłem w ostatnim czasie.
Wybrane przykłady nadają się do zgotowania bardzo podobnych potraw. Wszystkie kroje pisma to tzw. jednoelementowe bezszeryfowówki. Oznacza to, że każda litera (znak/glif) zbudowana jest z kreski o stałej szerokości (jeden element) i nie posiada ozdobnych zakończeń (tzw. szeryfów). Wybrane typy są świeże, nie zdążyły się wyeksploatować, zużyć wizualnie. Świetnie sprawdzą się tam, gdzie chcielibyśmy użyć FF Din lub Helveticę.
Pierwszy produkt to Sarine, zaprojektowany przez włosko-szwajcarskie studio TypeDynamic w 2014 r. Składa się z imponującej liczby glifów. Dostajemy 7 odmian, a każda z nich posiada wariant pochyły (kursywa/italic). Krój ten cechuje się prostotą, lekko technicznym acz pełnym uroku wyrazem. W tekstach ciągłych tworzy nieprawdopodobny reżim, przypominając nieco krój Doctrine Johnatana Barnbrooka (1) (użyty m.in. na okładce albumu „The Next Day” Davida Bowie). Kroju Sarine zacząłem ostatnio używać w materiałach promocyjnych aplikacji mobilnej PureRosary (2), w których z powodzeniem zastąpił on dość wiekowy już font Myriad Pro.
Kolejne danie, nieco podobne do opartego o krój Sarine, można zgotować z kroju Campton. Stworzony został przez niemieckiego projektanta Rene Biedera, również w 2014 r. Natychmiast, gdy odkryłem ten krój, postanowiłem użyć go do stworzenia identyfikacji wizualnej ślubu Ani i Michała (publikacja niebawem). Charakter tego pisma bliższy jest klasykom, takim jak Futura lub niebywale udana Sofia Pro (3). Cechuje się stabilnym, nieco amerykańskim wyglądem, zachowując przy tym maksimum elegancji. Bardzo, ale to bardzo smaczne.
Ostatnim z krojów będzie Brix Sans. W tej niewielkiej spiżarni najbliżej mu do słynnego, wielokrotnie sprawdzonego (choć chyba wcale nie niezastąpionego!) FF Din (4). Rodzina jest dość spora i liczy 6 odmian, z których każda jest w wariancie pochyłym. Bęz wątpienia cechuje go doskonałe opracowanie, a dość zwarty charakter znaków sprawia, że doskonale sprawdza się w składzie tekstu w języku polskim oraz innych językach z długimi wyrazami. Brix ma ogromną szansę być najmocniejszym krojem z całej trójki.
Smacznego!
Licencję na używanie kroju Sarine uzyskać można poprzez stronę www.myfonts.com/fonts/typedynamic/sarine/
Licencję na używanie kroju Campton uzyskać można poprzez stronę www.myfonts.com/fonts/rene-bieder/campton/. Projektant: www.renebieder.com
Licencję na używanie kroju Brix uzyskać można poprzez stronę www.myfonts.com/fonts/hvdfonts/brix-sans/Twórca: http://www.hvdfonts.com
_____________________________________________________________
Ostre cięcie.
Feb 1st 2015 at 3:32 pm
Nie posiadam telewizora. Mimo to oglądam zdecydowanie za dużo programów.
Jednym z nich (oczywiście obok „Kuchennych Rewolucji”) jest „Ostre Cięcie”. Wskazówki i porady, udzielane przez prowadzących w tego typu produkcjach, mogą irytować. Nikt z nas nie lubi być pouczany — mimo to można w nich znaleźć także rady trafne, skłaniające do refleksji.
Wielu spośród przedsiębiorców, (zarówno w branży fryzjerskiej, kulinarnej i innych) do niepowodzeń doprowadza ten sam błąd: jest nim skąpstwo. Nie „nadmierna oszczędność” (bo „oszędność” nigdy nie jest zła) — ale właśnie skąpstwo.
Koncepcja biznesowa zakładów fryzjerskich, które dotknęła zaraza skąpstwa, jest podobna:
bardzo mało inwestują, niewiele więcej zarabiają. Kupują najtańsze produkty, słaby sprzęt i bez wstydu używają go na klientach. Zarabiają niewiele, bo — mając świadomość niskiego poziomu świadczonych usług — nawet nie oczekują przyzwoitego wynagrodzenia. Ceny w takich zakładach są niewiele większe od kosztów materiałów, a wielokrotnie nawet ich nie rekompensują. Klienci nie odczuwają satysfakcji konsumenckiej: nie wracają ponownie, nie polecają znajomym.
W sektorze projektowania jest podobnie. Staram się kupować jak najlepsze materiały. Nie skąpić. Posiadać narzędzia, które są co najmniej dobrej jakości — licencje na różnorakie fonty, w miarę aktualne oprogramowanie. Dotyczy to nie tylko elektroniki i software’u, ale również narzędzi „fizycznych”. Dobrze jest zainwestować w porządnej klasy flamastry, a rysunki nimi wykonywać na przeznaczonym do tego celu rodzaju papieru.
Dobry kucharz ma komplet doskonałych jakościowo i świetnie naostrzonych noży.
Dobry fryzjer używa profesjonalnych farb do koloryzacji. Dobry projektant niechaj również inwestuje w jak najlepsze narzędzia do wykonywanej przez siebie pracy.
_____________________________________________________________
Dlaczego lubię gradienty w logo?
Sep 29th 2014 at 2:34pm
Bez wątpienia najlepsze znaki graficzne są proste, czytelne i łatwo zapamiętywalne. Jeszcze lepiej, gdy cechują się dobrym pomysłem, przewrotnością, bądź ukrytym znaczeniem. Wielu znawców tematu mówi, że dobre logo powinno dać się odrysować z pamięci — inni twierdzą, że możliwie łatwo powinno się je móc opisać słowami. To wszystko prawda. Podstawą dobrego znaku jest udana kompozycja graficzna.
Co z kolorystyką?
Znam projektantów, którzy pierwsze projekty znaku graficznego wykonują wyłącznie w czerni i bieli. Myślą wyłącznie o kompozycji. Widziałem też takich, którzy szkicowali w wybranym kolorze (i chyba sam do nich należę) — od początku traktując wybrany kolor jako jeden z podstawowych nośników wartości, jakie projektowane logo ma komunikować. Obie drogi mogą równie skutecznie prowadzić do osiągnięcia dobrego rezultatu — gwarantującego wszystkie warunki, jakie powinien spełniać dobry znak graficzny.
Podobnie rzecz się ma, gdy kolorystyka jest jeszcze bogatsza niż tylko czarno-biała (achromatyczna) lub jednokolorowa (monochromatyczna). Obecność kilku kolorów bądź  przejść tonalnych (gradientów) na pewno nie dyskwalifikuje dobrego logo. Co więcej, gradienty traktuję z reguły jako zabiegi uszlachetniające — wzbogacające projekt graficzny, podobnie jak nałożenie lakieru, użycie farb dodatkowych, bądź tłoczenie papieru. Dzięki nim możemy rozświetlić bądź przyciemnić kolor, wydobyć głębię barw, zaakcentować formę.
Warto dodać, że wiele ze współcześnie stosowanych technik reprodukcji bez najmniejszych problemów oddaje przejścia tonalne. Możliwe jest to choćby w druku cyfrowym, którego obecna jakość zapewnia oczekiwane efekty. Przykładowo, potwierdzają to choćby niezwykle udane elementy Systemu Informacji Wizualnej, stworzonego dla Parku Odkrywców w Centrum Nauki Kopernik (projekt: Mamastudio i Piotr Stolarski). Nośniki, umieszczone w przestrzeni miejskiej w 2011 roku, do dziś nie uległy znaczącej degradacji i wciąż prezentują się efektownie.
Podsumowując: podstawą udanego znaku graficznego są dobry pomysł i kompozycja. Jego kolorystykę można dodatkowo podbić, wzmocnić i wzbogacić stosując przejścia tonalne. Nie są one groźne — i na pewno nie jest tak, że z definicji szkodzą. Jeśli tylko w swoich pracach uznam je za wskazane dla podniesienia jakości projektu, to z czystym sumieniem będę je stosował.
Per Mollerup miał kiedyś napisać, że jeśli logo da się lubić, to przestają się liczyć kwestie techniczne.
I to jest chyba najlepsze podsumowanie.

_____________________________________________________________
​​​​​​​
Blog rusza we wrześniu 2014. Będzie prowadzony w języku polskim. Najchętniej czytane posty pojawią się również w tłumaczeniu na język angielski. Bądźcie czujni!
The blog starts in September 2014. It will be written in Polish, but most popular posts will also appear in English. Stay tuned!
Maciek
Back to Top